Dość nietypowe mam podejście do tak zwanego fan fiction. Mianowicie czytam je z dzikim głodem, gdy to slash, ze słodkim uśmieszkiem, kiedy jest dobrze poprowadzone i z okropnym grymasem, jeśli ktoś użyje słówka na ‘n’ lub ‘p’. Taka już jestem fangirl z wyboru.
Kręgosłup boli od siedzenia przy laptopie, po twarzy błąkają się resztki ‘sprośnego’ uśmiechu, a w głowie chwilowo nie mam nic, bo takie opowiadania sprawiają, że zapominasz jaki mamy rok. Pozostaje tylko niemożność do zrobienia czegokolwiek. A zeszyt od fizyki patrzy się na mnie smutnym wzrokiem. I woła. I już słyszę panią Piętowską. Tylko nie wiem czy przyjmie moje usprawiedliwienie, niestety.
Ręce trzęsą się z lekka, serce wraca do rytmu, a moje myśli nadal jak ‘białe zeszyty’. Kiedy jestem w takim stanie, czuję, że nawet najmniejszy bodziec może doprowadzić mnie do płaczu lub śmiechu. I nie mogę zmusić się do niczego, piosenki Queen lecą playlistą jedna po drugiej, ale żadna nie jest na tyle żywa by sprostać moim potrzebom. Mam ochotę tańczyć, całować, bawić się, ale potem przypominam sobie, że jestem sama samiusieńka w pokoju i jest już koło 2 w nocy. I wszyscy prawi i cisi już śpią, zmożeni snami o skakaniu po tęczy. I czuję się trochę ‘guilty’ [tyle angielskich słów, które nie dają się jednoznacznie tłumaczyć, że aż boli]. I jestem w tym stanie, w którym czuję zarówno dziwną ekstazę i poczucie winy, bo szkoła, kościół i rodzina. Sorry, not sorry.
Nie tak łatwo się oderwać od takiego rhink na przykład. A fizyka czeka, czując się niechciana jak cebula w lodówce. O, i jeszcze wizyta u lekarza się zbliża, a ja nie mogę oderwać wzroku od ekranu, by poszukać książeczki zdrowia.
Zza oknem przejeżdża auto, oświetlając mój pokój na kilka sekund strumieniem światła. Jeśli ktoś by w tym momencie, popatrzał w moją stronę, zobaczyłby dziewczynę w rozczochranych włosach, tak dzikooką jak jeleń, który wbiega na ulicę w nocy. W jednej chwili ostrze reflektora przeszyłoby leżące na podłodze poduszki, biurko obsypane chusteczkami do nosa i pół tuzina kubków po herbacie. Dama ze mnie, ot co.
Chyba już czas do spania. Tylko, że w ogóle nie chce mi się spać, bo jak już mówiłam chcę wyładować całą energię, która w jakiś dziwny sposób, spłynęła z każdego słowa w powieści do mojej duszy i chwilowo wypełnia mnie niczym złoty kielich. Kładę się na łóżku, odwracam do ściany, przytulam poduszkę i staram się w jednym wydechu usunąć z siebie te wszystkie obrazy, wszystkie myśli i słowa. Nie zawsze jedna próba wystarcza, czasem muszę to robić po trzy, cztery razy, to zależy od tego jak dobry był autor.
Rany, to brzmi jakbym mówiła o narkotyku! Ale jeśli o tym pomyśleć, to czym innym jak nie dragiem, jest dobra książka przygodowa lub takie właśnie fan fiction? Filmy akcji też się zaliczają, ale ja tam za nimi nie przepadam. Te pościgi i wybuchy wolę zastąpić nieśmiałymi uśmiechami i książkowymi podtekstami.
Ale mam ochotę na sernik. Taki dobry, wilgotny, zimny, orzeźwiający sernik. Z jakimś syropem. Wiśniowym na przykład.
Te myśli ani trochę nie pomagają w usypianiu siebie samej, bo ramiona Morfeusza nie są tak pociągające jak perspektywa rozkoszowania się sernikiem, czytając w tym samym czasie kolejne drabble. Tylko, żeby były w nim jakiś ciekawy ship. Nie chcę nic mówić, ale Johnlock, Mystrade, Rhink i Rarry, to ja mogę czytać w nieskończoność.
W momencie kiedy kończę te słowa, wszystkie staruszki w moherowych beretach patrzą się na mnie z zdegustowaniem i obrzydzeniem. Cieszę się, że nie wiedzą. Nikt nie wie. Trudno się przyznać, bo wbrew pozorom nie każdy rozumie. Co ja gadam, NIKT nie rozumie! Trzeba być w fandomie, żeby rozumieć te wszystkie inside jokes i uczucia towarzyszące myślom o pairingach.
Ale nie chcę brzmieć jak jakiś emo-nastolatek, więc już kończę o tym niezrozumieniu. Chociaż w sumie, to ja przecież jestem takim nastolatkiem w swoim świecie. Ale staram się nie żałować błędów i nie tracić czasu. I wiem, że robię głupie rzeczy [i spieszę się zrobić ich jak najwięcej, przed dorośnięciem]. No ale trzeba mieć co wspominać na przyszłość. Nie mówię ‘na starość’, bo ja się nie zestarzeję, po prostu będę się wolniej poruszać i mieć więcej wolnego czasu.
Jak tak próbuję czytać własne zdania, to mi wychodzi, że moje myśli są dość chaotyczne. Nigdy nie dokończę żadnego zagadnienia, bo przeskakuję z jednego na drugie. A polonistka przed tym przestrzegała. Bo się podobno powinno robić wszystko od początku do końca. Anyway, to nigdy nie było moją dobrą stroną. W sensie, że pracowitość. Bo trudno mi się skupić i pamiętać.
Na znak mojego postanowienia poprawy, wrócę do tematu głupich decyzji. Zdaję sobie sprawę, że będąc 15-latką wydaję się niedojrzała wszystkim wokół i raczej nikt starszy nie bierze mnie na poważnie. Ale skoro ja się czuję dobrze i jestem szczęśliwa, to jakoś dużo mnie nie interesuje, co inni mają do powiedzenia. Wiem też, że wyróżniam się od rówieśników i że moje myśli i osądy są (zazwyczaj) sensowne. I nie mówię tego popadając w jakiś samozachwyt, bo wiem również, że z niego nic dobrego nie wychodzi. I staram się być taką małą Olą, jaką jestem, równocześnie naprawiając swoje wady i rozwijając się możliwie najszybciej. Czy to ma sens? Mam nadzieję, bo to takie moje niby motto.
Ale czuję, że i tak nikt mnie nie bierze na poważnie teraz. Może co najwyżej jakieś podstawówkowe filozoficzki, ale to nie mój target, buddy. I wiem, że pewnie za parę lat się będę wstydzić tego co teraz piszę. Ale co ja mogę zrobić? Dojrzewania nie przyspieszę.
Czy to zawsze tak jest, że w moim wieku należy tylko być? Bo do empirystki mi za mało, a ludzie lubią brać z doświadczenia. No to chyba sobie jeszcze pobędę przez parę lat, a dopiero potem zacznę myśleć i mówić.
Idę spać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz